nie zostałam mistrzem planowania

Planujesz z radością, z przymusu, czy może uważasz, że to nie Twoja bajka? Niezależnie od tego, jaka jest Twoja odpowiedź, chciałabym podzielić się z Tobą tym, jak u mnie zdecydowanie nie szło i co sprawiło, że ostatecznie odpuściłam sobie mistrzowskie planowanie. 

Tyle się wokół mówi o tym jak ustalać swoje cele, priorytety, jak planować swój dzień, tydzień, życie. Porad wszędzie od groma, a wpisując w wyszukiwarkę temat „planowania i organizacji czasu”, linków wyskoczy tyle, że nie sposób wszystkiego przeczytać. 

Osobiście przez lata praktycznie walczyłam z tym tematem i ze sobą. Co rusz, próbowałam nowych, cudownych narzędzi, które miały sprawić, że nagle wszystko się w moim życiu i tygodniu ułoży, a ja będę się czuła odgruzowana.

I wiesz co? Jakiś czas temu doszłam wreszcie do wniosku, że podążałam w zdecydowanie złym kierunku. Zamiast na siłę dopasowywać siebie do coraz to bardziej wymyślnych sposobów jak planować, powinnam się była bardziej skupić na sobie. Zastanowić się i zapytać siebie, czego tak właściwie potrzebuję. W moim przypadku gotowe schematy nie zadziałały. Głównie przez to, że  bez zastanowienia chciałam je po prostu wprowadzić w życie, na sztywno. W myśl stwierdzenia, że każdy jest inny i wyjątkowy, w jaki sposób możemy się skutecznie wtłoczyć w jeden szablon? Rozwiązanie dla każdego, to rozwiązanie do niczego. Pewnie to znasz.  


Co się zmieniło w moim planowaniu?

Przez długi czas miałam następujące podejście (w telegraficznym skrócie) – dowiaduję się o nowej metodzie planowania, czytam na czym polega, myślę „o! Tego jeszcze nie próbowałam!”, wdrażam, następuje pełna ekscytacja nowym podejściem, działa, działa, działa, stop! Przychodzi pierwszy kryzys i odpuszczam. Pojawia się niezadowolenie, a wraz z nim myśli „znowu nie dałam rady”… Swoją drogą, ciekawa jestem czy Ty też tak kiedyś miałeś, czy dotyczy to tylko mnie.

Gdy już tak sobie przetestowałam całkiem sporo cudownych metod planowania, czasem nawet wracając do niektórych po kilka razy, i po raz kolejny miałam do siebie pretensje, że to nie działa stwierdziłam, że dłużej nie mam ochoty tego praktykować. Poszłam zatem w skrajność i odpuściłam sobie planowanie całkowicie, poddałam się chwili. 

Przez pewien czas wręcz rozkoszowałam się zyskaną wolnością (serio, nie sądziłam, że problem planowania tak mnie męczył). Było to dla mnie mega odświeżające, ponieważ dzięki temu zobaczyłam, że w sumie to nic nie muszę.

Ostatecznie jednak zauważyłam, że pewna doza planowania jest mi w życiu potrzebna. Bez niej moje dni zaczęły się z czasem nieprzyjemnie rozlewać, jak jogurt w torbie na zakupy przebity przez karton soku. Pojawiło się zbyt dużo przestrzeni na „nicnierobienie”. Tym razem nie dałam się wyprowadzić na manowce i postanowiłam być bardziej sprytna. Zabrałam się do tematu z zupełnie innej strony. 


Wdrożenie

Najpierw, wypisałam sobie wszystkie moje obowiązki, zadania i aktywności, które zwyczajowo upychałam w swoich listach planowania.

Następnie zastanowiłam się, które z tych rzeczy faktycznie chcę by się zadziały, a które tam wkładam „bo wypada”. 

Przyjrzałam się temu, co pozostało na liście i odpowiedziałam sobie na pytanie: „czy naprawdę każdą z tych spraw muszę załatwić osobiście?”. Jak się zapewne domyślasz nie wszystko musiało spoczywać na moich barkach. Robiłam tak, ponieważ wydawało mi się, że jest w ten sposób najwygodniej i najłatwiej dla mnie.

Jak już wybrałam czego mogę się pozbyć, zręcznie przerzuciłam co nie co na innych ;). Samo „pozbycie się” nie było wcale tak trudne jak to sobie wyobrażałam. Wyzwaniem natomiast okazało się danie wolnej ręki „tym innym”. Potrzebowałam trochę przegadać ze sobą to, że sposób „innego” również może być dobry. Ba! Może nawet być LEPSZY niż mój własny (tak, tu stoczyłam prawdziwą batalię).

Kluczowe w tym punkcie okazało się dla mnie również ustalenie ram czasowych wykonania danej czynności. Omówienie konkretnych dat i wspólne zgodzenie się na nie, pomogło w zapobiegnięciu pojawieniu się rozjazdów między wizją moją, a wizją np. męża. Pozwoliło nam to zapewne uniknąć niemałej ilości zjawiskowych burz.

A teraz najpiękniejsze! To co zostało, rozplanowałam sobie zgodnie ze swoimi potrzebami. Zgrabnie wpisałam poszczególne zadania w planner i voila! Miałam wreszcie plan, czas i spokój. 

Co mi to dało?

Zdecydowanie więcej przestrzeni i zrozumienia dla siebie. Zapytanie siebie czego oczekuję i po co chcę to robić. Zyskałam też nowe spojrzenie na temat planowania oraz skuteczność, która jest dla mnie na ten moment zadowalająca.

Nie myśl jednak, że teraz zawsze realizuję wszystko co sobie zaplanuję. W dalszym ciągu wysypują się różne moje założenia. Po prostu teraz podchodzę do tego z dużo większym dystansem. Zawsze mogę przecież zaplanować ponownie, być może inaczej.

Jestem sobie wdzięczna za ten „eksperyment”. Pokazał mi czego potrzebuję i jak źle czułam się narzucając na siebie te liczne reguły i zasady, które okazały się zbędne. Uświadomił mi również, że warto jest wrzucić na „luz” i po prostu odpocząć od czasu do czasu.

Od kiedy zdecydowałam się działać w ten sposób, stopień realizacji zaplanowanych przeze mnie zadań wzrósł o 100%. Dużo łatwiej i przyjemniej planuję. Przestałam się szarpać, a po prostu zaczęłam robić.

Tak naprawdę, mój „system” wcale nie jest systemem. A przynajmniej nie w ogólnym rozumieniu tego słowa. Jest czymś pomiędzy; sposobem działania, który nie ma szans na bycie promowanym czy polecanym, gdyż nie mieści się w ramach konkretnego zbioru zasad, a co za tym idzie, nie może być sprzedawany jako gotowa recepta na sukces, nie jest produktem.

A jednak na zakończenie zachęcam Cię do wypróbowania go. Do wsłuchania się w siebie i swoją naturę. Możesz być bałaganiarzem, pedantem, marzycielem bądź osobą twardo stąpającą po ziemi. Albo wszystkim naraz. Możliwe, że akurat Tobie potrzebny jest gotowy produkt, przy czym nie chcę deprecjonować metod, które można znaleźć w internecie czy książkach tematycznych. I równie możliwym jest, że i Ty, tak jak ja, potrzebujesz posmakować różnych opcji, by w końcu dojść do takich wniosków jak ja. 

Pewne jest tylko jedno – to Ty podejmujesz decyzje i to Ty wiesz, co jest dla Ciebie najlepsze. Grunt, to o tym pamiętać. 

Widzisz to inaczej? A może masz cały bagaż doświadczeń, który chętnie pokażesz innym?


D.K.

Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *