relacje


W ostatnich dniach moje myśli wędrują często w kierunku otwartości na drugiego człowieka. Analizowania, po co potrzebujemy innych ludzi i czy w ogóle?

Kiedy zdrowa relacja, z której obie strony czerpią korzyści staje się nagle niebezpiecznym uzależnieniem? A kiedy stwierdzamy, że już nas nie cieszy i niczym stary zegarek mamy ochotę ją wyrzucić?

Osobiście mam przekonanie, że człowiek chociażby nie wiadomo jak mocno ceniący swoje towarzystwo i samotność, to jednak przynajmniej od czasu do czasu potrzebuje relacji z drugą osobą. 

Dzięki niej mamy szansę złapać inną perspektywę, czasem zdrowszą a innym razem utwierdzającą nas o słuszności naszych wyborów. Dzięki drugiemu człowiekowi budujemy także świadomość własnej wartości. Stajemy się bardziej „pełni”.

Relacje to też poczucie bycia potrzebnym, chęć bliskości oraz wsparcie w trudnych chwilach.

Jak to zatem możliwe, że tak często ludzie zamykają się na najbliższe sobie relacje właśnie w kryzysie, czyli paradoksalnie wtedy gdy taki kontakt mógłby okazać się zbawienny?

Nagle stajemy się samowystarczalni, mamy przekonanie, że sami poradzimy sobie najlepiej, a wszelkie próby pomocy traktujemy jak atak Tyranozaura.

Co sprawia, że proszenie o pomoc jest tak problematyczne?

Moje.

Sama wielokrotnie miałam z tym problem. Wszystko było świetnie, dopóki sprawy układały się po mojej myśli i nie musiałam się nad nimi specjalnie zastanawiać. Wtedy otwartość pełną gębą.

Gdy jednak następowało tąpnięcie – automatycznie wciskałam hamulec i ustawiałam się w tryb „do not disturb”. A jak już ktoś sam rzucał mi ponton, to ja tym bardziej pod prąd i kwitowałam krótkim: ale przecież wszystko jest w porządku. O CO CI CHODZI? I tak potrafiłam trwać i trwać, aż w końcu ogień przygasał, a ja wracałam do normalności.

W końcu dostrzegłam, że ta droga najmądrzejsza nie jest i może warto coś zmienić. Wiele czasu musiałam poświęcić na obserwację. Jeszcze więcej, na podejmowane próby zmiany sytuacji. Mozolny jeden krok do przodu, a potem automatyczne 2 w tył. I ta ciągła frustracja – miód!

Wiedziałam jednak, że jeśli nie zacznę nad tym pracować to stopniowo ludzie przestaną oferować swoją pomoc, przestaną się interesować, a mnie sytuacja ostatecznie przerośnie. Efekty pojawiały się stopniowo, prawie niezauważalnie. Robiłam swoje.

Dopiero teraz, z perspektywy czasu potrafię je dostrzec. Wcześniej wydawało mi się, że permanentnie stoję w miejscu.

Dzisiaj wiem, że bez wykonania tej pracy moje relacje nie byłyby tak otwarte i pełne jak są obecnie. Potrafię zdecydować komu, co i w jakim celu chcę powiedzieć. Wiem, kiedy nie potrzebuję się uzewnętrzniać, bo nie przyniesie to żadnych korzyści. Jestem świadoma swoich wyborów.

Moja praca w tym obszarze jeszcze nie jest skończona. Wątpię, by kiedykolwiek była. Ważne jest dla mnie jednak to, że cały czas idę naprzód.

Gdybym miała wymienić co najbardziej pomogło mi w tej drodze to kolejno:

  • Coaching jako całokształt;
  • Poznanie swoich wartości;
  • Uświadomienie sobie swoich przekonań;
  • Pozwolenie sobie na to, by spróbować działać inaczej;
  • Przełamanie się;

Być może nie brzmi to spektakularnie. Takie właśnie z reguły są zmiany, a w zasadzie sama droga do nich. Dopiero po tym jak zobaczysz, że przemiana nastąpiła będziesz w stanie docenić jej ogrom. Samo się jednak nie zadzieje. Wróżki zębuszki nie istnieją i Twoja głowa w tym, by o siebie zadbać.

Zmiany.

Po tym, jak już podjęłam decyzję o zmianie swojego podejścia do otwartości na to co niewygodne, zaczęłam oczywiście myśleć co by tu zrobić, by innym też się zachciało. Przecież to daje tyyyle korzyści!

Zastanawiałam się w jaki sposób przekonać człowieka, by dał sobie pomóc. Co mogę zrobić, co zadziała niczym otwieracz do konserw. Podjęłam nawet kilka prób. Na szczęście szybko się zreflektowałam i doszłam do wniosku, że najlepszą rzeczą jaką mogę zrobić, to tylko informować go, że jestem na niego otwarta i jeśli poczuje taką potrzebę, może do mnie przyjść. Na siłę niczego zmienić nie możemy. A chęć utrzymania kontroli sytuacji za wszelką cenę nie będzie korzystna ani dla nas, ani dla drugiej strony.

Będąc po stronie oferującej pomoc, bardzo trudną sztuką jest ofiarowanie tej przestrzeni. Wydaje nam się, że koniecznie musimy pomóc. Mamy przeświadczenie, że inaczej ta osoba sobie nie poradzi, a my czujemy się w obowiązku by ją uratować. A przecież dziecka nie nauczysz chodzić, trzymając go cały czas na rękach, prawda?

Może warto w takim razie założyć tą drugą parę butów i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy będąc po tej drugiej stronie byłbym wdzięczny za taką pomoc?

D.K.

Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *